W rytmie sprzedawców, klientów i odzieży
phi - artukuł dodany 2008-10-19 21:53
3
2.8
1641
Otaczają nas na większości ulic. Część z nich zawiera tylko odzież.
We wnętrzu wcześniej wspomnianych sklepów czyhają na klientów. Są w dobrym samopoczuciu lub okrążają je złe myśli i stres. Jak zareagują na potencjalnego kupca?
Żwawa, żywo zainteresowana otaczającymi ją ludźmi, ich szeleszczącymi banknotami lub wpatrzona w stronice kobiecego pisma, zajęta konwersacją
i niepamiętająca o autentycznym świecie.
Na jej twarzy może gościć szeroki, oślepiający blaskiem śnieżnobiałych zębów uśmiech. Aczkolwiek jej mina może przypominać pierwszorzędnego mordercę
z serialu grozy, a wtedy zniechęca do siebie i do miejsca, w którym się znajduje.
Na pytania może odpowiadać z zaangażowaniem, buszując między kolejnymi półkami czy rzędami. Lecz nie jest jej obce lekceważące machnięcie ręką i złość,
że znowu ktoś śmiał jej przeszkodzić we wpatrywaniu się we własne tipsy.
Lubi kontakty z ludźmi, nie przystępuje do klasyfikacji człowieka po kilkuminutowym spotkaniu. Ale czasami wydaje jej się, że wie o kliencie wszystko na podstawie oceny jego wyglądu.
Ma zaufanie do ludzi w każdym wieku. Jeśli nie, nie okazuje tego po sobie,
nie wypowiada na głos swoich podejrzliwych myśli, uważnie obserwuje,
a przy tym uprzejmie doradza. Niekiedy jednak, za nastolatką czy też starszą osobą potrafi chodzić krok w krok, gładzić dotknięte przez nią rzeczy,
jest natrętna i nieprzyjemna, dopóki potencjalna złodziejka czy złodziej nie opuszczą pola jej pracy.
Mowa o sprzedawczyniach w sklepach odzieżowych. Niektóre cieszą się,
że znalazły wygodną pracę w zazwyczaj ciepłym pomieszczeniu. Natomiast zachowanie innych daje do zrozumienia, że stoją za ladą za karę a klient jest nieproszonym gościem i lepiej, żeby nikt się do nich nie odzywał.
Jestem 16-letnią dziewczyną. Wchodzę do dosyć drogiego, markowego sklepu
w moim mieście. Nie sądzę, że stać mnie nawet na podkoszulek czy figi tej firmy odzieżowej, a co dopiero sweter czy spodnie. Ale wchodzę po to, aby popatrzeć, wyobrazić sobie, jak bym wyglądała w takich ładnych ciuchach.
Nie mam zarzutów wobec czujnego spojrzenia sprzedawczyń na moich
plecach - młodzież często kradnie, a obowiązkiem sprzedawdczyń jest pilnowanie towaru przed złodziejami.
Przechodzę obok lady, uśmiecham się delikatnie do pań za nią stojących. O dziwo, odpowiada mi pełne wrogości spojrzenie. A ja przecież nic złego nie zrobiłam.
Oszołomiona cenami nie próbuję już nawet podchodzić do pań i zadawać pytań. Kierując swoje kroki do wyjścia, głośno mówię: Do widzenia. W odpowiedzi słyszę gniewne odburknięcie. Chyba to było pożegnanie w stylu: "Nie wracaj tu więcej, bo i tak nic nie znajdziesz".
Kieruję się do odrobinę tańszego sklepu. Postanawiam udać, że koniecznie potrzebuję dżinsów, a po przymierzeniu kilku par zrezygnuję z zakupu. Ciekawe, jak zareagują tym razem sprzedawczynie. A może w końcu natknę się na meżczyznę wśród stosów fatałaszków?
Zdecydowanym krokiem wchodzę. Głośno mówię: Dzień dobry. Odpowiada mi serdeczny uśmiech sprzedawczyni. Jednak pracują tu także panie. Buszuję między półkami, w końcu wyciągam drogą parę spodni, i pytam o rozmiar i fason, który pasowałby do mojej figury. Pani grzecznie mówi, że zaraz coś znajdziemy.
Ciągle wyciąga nowe pary o przeróżnych cenach. Delikatnie odradza niektóre,
inne poleca. Gdy w końcu oznajmiam, że jednak nie zdecyduję się na zakup, mówi, że szkoda, ale zaprasza ponownie, gdy dostaną nowy towar. Zmierzając do drzwi, dziękuję za miłą obsługę i żegnam się. Pani odpowiada serdecznym: "Do widzenia".
Wielopokoleniową zasadę "Klient nasz pan" zastosowała pracownica sklepu
z dżinsami, do którego w wypadku nagłego przypływu gotówki na pewno wrócę.
Na wspomnienie najdroższego sklepu robi mi się zwyczajnie przykro. Zostałam potraktowana niczym chłop w czasach średniowiecza, nie posiadający swoich praw i racji. Widząc nazwę tej firmy odzieżowej, w głowie będę miała obraz wrogiej miny ekspedientki.
Za to przemiła "pani od dżinsów" wywołuje na mojej twarzy uśmiech. Gotowa do poszukiwań ubrań dla każdego, nawet bardzo marudnego i wymagającego klienta, zachęca do powrotu. Nie ocenia człowieka po wyglądzie, traktuje ludzi jednakowo.
Podsumowując, moim zdaniem popularność markowego sklepu odzieżowego nie zależy tylko od trwałości czy fasonu ubrań, ale również od jego pracowników.
Złość, agresja, poczucie bycia lepszym, "bo ja tu sprzedaję a ty nie" odpychają klientów w każdym wieku. Pieniądze oddajemy tylko w dobre ręce sympatycznej, uprzejmej i cierpliwie doradzającej pani/pana sprzedawcy.
Oczywistą rzeczą jest, że pracownikom zależy na sprzedanym towarze. Ale sposób, w jaki zachęcają do kupna, może zmienić wszystko. Nawet u najbardziej zdesperowanego poszukiwacza nowych ubrań.
We wnętrzu wcześniej wspomnianych sklepów czyhają na klientów. Są w dobrym samopoczuciu lub okrążają je złe myśli i stres. Jak zareagują na potencjalnego kupca?
Żwawa, żywo zainteresowana otaczającymi ją ludźmi, ich szeleszczącymi banknotami lub wpatrzona w stronice kobiecego pisma, zajęta konwersacją
i niepamiętająca o autentycznym świecie.
Na jej twarzy może gościć szeroki, oślepiający blaskiem śnieżnobiałych zębów uśmiech. Aczkolwiek jej mina może przypominać pierwszorzędnego mordercę
z serialu grozy, a wtedy zniechęca do siebie i do miejsca, w którym się znajduje.
Na pytania może odpowiadać z zaangażowaniem, buszując między kolejnymi półkami czy rzędami. Lecz nie jest jej obce lekceważące machnięcie ręką i złość,
że znowu ktoś śmiał jej przeszkodzić we wpatrywaniu się we własne tipsy.
Lubi kontakty z ludźmi, nie przystępuje do klasyfikacji człowieka po kilkuminutowym spotkaniu. Ale czasami wydaje jej się, że wie o kliencie wszystko na podstawie oceny jego wyglądu.
Ma zaufanie do ludzi w każdym wieku. Jeśli nie, nie okazuje tego po sobie,
nie wypowiada na głos swoich podejrzliwych myśli, uważnie obserwuje,
a przy tym uprzejmie doradza. Niekiedy jednak, za nastolatką czy też starszą osobą potrafi chodzić krok w krok, gładzić dotknięte przez nią rzeczy,
jest natrętna i nieprzyjemna, dopóki potencjalna złodziejka czy złodziej nie opuszczą pola jej pracy.
Mowa o sprzedawczyniach w sklepach odzieżowych. Niektóre cieszą się,
że znalazły wygodną pracę w zazwyczaj ciepłym pomieszczeniu. Natomiast zachowanie innych daje do zrozumienia, że stoją za ladą za karę a klient jest nieproszonym gościem i lepiej, żeby nikt się do nich nie odzywał.
Jestem 16-letnią dziewczyną. Wchodzę do dosyć drogiego, markowego sklepu
w moim mieście. Nie sądzę, że stać mnie nawet na podkoszulek czy figi tej firmy odzieżowej, a co dopiero sweter czy spodnie. Ale wchodzę po to, aby popatrzeć, wyobrazić sobie, jak bym wyglądała w takich ładnych ciuchach.
Nie mam zarzutów wobec czujnego spojrzenia sprzedawczyń na moich
plecach - młodzież często kradnie, a obowiązkiem sprzedawdczyń jest pilnowanie towaru przed złodziejami.
Przechodzę obok lady, uśmiecham się delikatnie do pań za nią stojących. O dziwo, odpowiada mi pełne wrogości spojrzenie. A ja przecież nic złego nie zrobiłam.
Oszołomiona cenami nie próbuję już nawet podchodzić do pań i zadawać pytań. Kierując swoje kroki do wyjścia, głośno mówię: Do widzenia. W odpowiedzi słyszę gniewne odburknięcie. Chyba to było pożegnanie w stylu: "Nie wracaj tu więcej, bo i tak nic nie znajdziesz".
Kieruję się do odrobinę tańszego sklepu. Postanawiam udać, że koniecznie potrzebuję dżinsów, a po przymierzeniu kilku par zrezygnuję z zakupu. Ciekawe, jak zareagują tym razem sprzedawczynie. A może w końcu natknę się na meżczyznę wśród stosów fatałaszków?
Zdecydowanym krokiem wchodzę. Głośno mówię: Dzień dobry. Odpowiada mi serdeczny uśmiech sprzedawczyni. Jednak pracują tu także panie. Buszuję między półkami, w końcu wyciągam drogą parę spodni, i pytam o rozmiar i fason, który pasowałby do mojej figury. Pani grzecznie mówi, że zaraz coś znajdziemy.
Ciągle wyciąga nowe pary o przeróżnych cenach. Delikatnie odradza niektóre,
inne poleca. Gdy w końcu oznajmiam, że jednak nie zdecyduję się na zakup, mówi, że szkoda, ale zaprasza ponownie, gdy dostaną nowy towar. Zmierzając do drzwi, dziękuję za miłą obsługę i żegnam się. Pani odpowiada serdecznym: "Do widzenia".
Wielopokoleniową zasadę "Klient nasz pan" zastosowała pracownica sklepu
z dżinsami, do którego w wypadku nagłego przypływu gotówki na pewno wrócę.
Na wspomnienie najdroższego sklepu robi mi się zwyczajnie przykro. Zostałam potraktowana niczym chłop w czasach średniowiecza, nie posiadający swoich praw i racji. Widząc nazwę tej firmy odzieżowej, w głowie będę miała obraz wrogiej miny ekspedientki.
Za to przemiła "pani od dżinsów" wywołuje na mojej twarzy uśmiech. Gotowa do poszukiwań ubrań dla każdego, nawet bardzo marudnego i wymagającego klienta, zachęca do powrotu. Nie ocenia człowieka po wyglądzie, traktuje ludzi jednakowo.
Podsumowując, moim zdaniem popularność markowego sklepu odzieżowego nie zależy tylko od trwałości czy fasonu ubrań, ale również od jego pracowników.
Złość, agresja, poczucie bycia lepszym, "bo ja tu sprzedaję a ty nie" odpychają klientów w każdym wieku. Pieniądze oddajemy tylko w dobre ręce sympatycznej, uprzejmej i cierpliwie doradzającej pani/pana sprzedawcy.
Oczywistą rzeczą jest, że pracownikom zależy na sprzedanym towarze. Ale sposób, w jaki zachęcają do kupna, może zmienić wszystko. Nawet u najbardziej zdesperowanego poszukiwacza nowych ubrań.
















