Bartosz Wierzbięta
redakcja - artukuł dodany 2010-02-03 20:21
0
0.0
958
Absolwent Wydziału Lingwistyki Stosowanej na UW. Tłumacz, dialogista i scenarzysta. Sukces zawodowy (i tytuł mistrza mowy potocznej) przyniósł mu kultowy film ?Shrek?.
Z Bartoszem Wierzbiętą rozmawia Ewa Anna Baryłkiewicz.
O wyborze Twoich studiów, a potem drogi zawodowej zadecydowało... samo życie.
Moi rodzice podpisali kontrakt medyczny i wyjechali do pracy do Libii. Zacząłem naukę we francuskiej szkole podstawowej, miałem tam trzy polskie koleżanki na krzyż, reszta dzieci była francuskojęzyczna ? dzięki temu szybko nauczyłem się języka. Kiedy wróciłem do Polski (w szóstej klasie), ustaliliśmy, że będę kontynuował naukę. Skończyłem francuskojęzyczne LO, zdałem francuską maturę. I stanąłem przed dylematem ? czy mam wyjechać, tak jak większość moich koleżanek i kolegów, do Francji czy zostać w Polsce i tutaj studiować.
Wybrałeś tę drugą opcję. Dlaczego?
Z perspektywy czasu domyślam się, że chodziło o mój lekki brak dojrzałości. Byłem młodszy o dwa lata od moich kolegów ? oni byli już gotowi jechać w świat i samemu mieszkać, ja nie. Ale oficjalna wersja, którą sam przed sobą wtedy utrzymywałem (do dziś w nią wierzę), głosiła, że w Polsce miałem lepszą świadomość języka. Bo tu się urodziłem, czułem ten język i kody semiotyczne, które były wtedy zupełnie inne niż na Zachodzie. Pod pojęciem kodu rozumiem fakt, że np. kiedy wchodzę do knajpy, widzę ludzi, którzy są ubrani w konkretny sposób, mają konkretne fryzury, siedzą w konkretnych pozach, to mam już gotową odpowiedź, najczęściej trafną, kim oni są: studentami, robotnikami, żulami itd. We Francji tego nie wyłapywałem, a nie chciałem być postrzegany jako najbardziej gamoniowaty student na uczelni. Stchórzyłem. Ale nie żałuję, bo ? tak naprawdę ? nie wiedziałem jeszcze, co chcę robić w życiu. Doszedłem do wniosku, że pójdę na studia lingwistyczne ? znam dwa języki, więc będę je szkolił i poczekam, aż mi się objawią zainteresowania inżynierskie.(śmiech)
Jak wyglądały Twoje studia?
Dosyć kuriozalnie. Okazałem się tam przypadkiem szczególnym ? przez trzy lata miałem wrażenie, że trafiłem ponownie do liceum, ponieważ program studiów był na takim poziomie. Na trzecim roku pisaliśmy dyktanda o ropusze, która pływa w bajorze ? a ja to przerabiałem w ósmej klasie!
A może byłeś zdolniachą, któremu nauka zbyt łatwo przychodziła?
Byłem tak samo zdolny, jak zdolny byłby Francuz w takim liceum jak np. Żmichowska. Dla mnie pewne sprawy były oczywiste ? bo całą wiedzę absorbowałem w sposób naturalny. Moi koledzy z roku nie mieli braków w nauce, to raczej ja byłem do przodu. Gdy opanowaliśmy gramatykę, zaczęło się szkolenie tłumaczy (dobra znajomość języka a bycie tłumaczem to dwie różne rzeczy) ? wtedy poziom się wyrównał, a ja poczułem, że się czegoś uczę. Załapałem się do grupy tłumaczy ustnych. To trudne tłumaczenia ? dzielą się na konsekutywne i kabinowe. W pierwszym przypadku czekasz, aż klient skończy mówić, potem z pamięci tłumaczysz ? co nie jest łatwe, bo on potrafi ględzić 10 minut, a ty musisz potem przytoczyć zdanie po zdaniu. Kabinówka polega na tym, że siedzisz w słuchawkach i na bieżąco przekładasz ? co wymaga umiejętności, których oczekuje się zwykle od perkusisty: że jedna rączka robi jedno, a druga drugie. Radziłem sobie na tyle, by te wszystkie egzaminy pozdawać. Już wtedy miałem słabe wyobrażenie o sobie jako o tłumaczu ustnym. Wydaje mi się, że pod tym względem studia nie przygotowały mnie do pracy. Jednak już na drugim roku tak gwałtownie wzrosły moje potrzeby finansowe (wreszcie się usamodzielniłem), że zacząłem tłumaczyć zarobkowo.
Na tym studenci nieźle zarabiają! A przy okazji szlifują język.
To prawda! Uczyłem w szkole językowej. Bycie nauczycielem przez jakiś czas mnie bawiło, potem stało się bardzo irytujące i męczące: mimo moich starań, uczniowie nie robili żadnych postępów ? pewnie dlatego, że byli posłani tam przez pracodawców albo rodziców. Następnie miałem krótki, aczkolwiek frustrujący, okres bycia ? jak to nazywam ? niezależnym tłumaczem biurowym. To jest taki biedny student, do którego wszyscy pracownicy mają pretensje. Kiedy dowiedziałem się, że trwa nabór na tzw. tłumaczy filmowych, zgłosiłem się do studia Star International, w którym pracuję do dziś. Tłumaczyłem tam filmy dokumentalne, fabularne, a potem zacząłem się bawić w dubbingi.
A beztroska? Skoro miałeś luzy na studiach, to pewnie Twoje życie studenckie kwitło?
No właśnie nie za bardzo! Aczkolwiek z całych studiów najmilej wspominam fakt, że byłem rodzynkiem. Ale to ma także i złe strony. Nie oszukujmy się ? sam, mając nawet najlepsze chęci, nie byłem w stanie obtańczyć wszystkich dziewczyn z roku. Ich było 200, a facetów czterech. I w związku tym... imprez nie było wcale. Oczywiście dobieraliśmy się w mniejsze grupki, w których bardzo się przyjaźniliśmy, chodziliśmy po knajpach, wygłupialiśmy się ? było fajnie. Ale domyślam się, jak fajnie jest na wydziałach, gdzie studenci są zrównoważeni płciowo. Są biby, wspólne wyjazdy na narty ? tam to dopiero życie studenckie kwitnie!
Z Bartoszem Wierzbiętą rozmawia Ewa Anna Baryłkiewicz.
O wyborze Twoich studiów, a potem drogi zawodowej zadecydowało... samo życie.
Moi rodzice podpisali kontrakt medyczny i wyjechali do pracy do Libii. Zacząłem naukę we francuskiej szkole podstawowej, miałem tam trzy polskie koleżanki na krzyż, reszta dzieci była francuskojęzyczna ? dzięki temu szybko nauczyłem się języka. Kiedy wróciłem do Polski (w szóstej klasie), ustaliliśmy, że będę kontynuował naukę. Skończyłem francuskojęzyczne LO, zdałem francuską maturę. I stanąłem przed dylematem ? czy mam wyjechać, tak jak większość moich koleżanek i kolegów, do Francji czy zostać w Polsce i tutaj studiować.
Wybrałeś tę drugą opcję. Dlaczego?
Z perspektywy czasu domyślam się, że chodziło o mój lekki brak dojrzałości. Byłem młodszy o dwa lata od moich kolegów ? oni byli już gotowi jechać w świat i samemu mieszkać, ja nie. Ale oficjalna wersja, którą sam przed sobą wtedy utrzymywałem (do dziś w nią wierzę), głosiła, że w Polsce miałem lepszą świadomość języka. Bo tu się urodziłem, czułem ten język i kody semiotyczne, które były wtedy zupełnie inne niż na Zachodzie. Pod pojęciem kodu rozumiem fakt, że np. kiedy wchodzę do knajpy, widzę ludzi, którzy są ubrani w konkretny sposób, mają konkretne fryzury, siedzą w konkretnych pozach, to mam już gotową odpowiedź, najczęściej trafną, kim oni są: studentami, robotnikami, żulami itd. We Francji tego nie wyłapywałem, a nie chciałem być postrzegany jako najbardziej gamoniowaty student na uczelni. Stchórzyłem. Ale nie żałuję, bo ? tak naprawdę ? nie wiedziałem jeszcze, co chcę robić w życiu. Doszedłem do wniosku, że pójdę na studia lingwistyczne ? znam dwa języki, więc będę je szkolił i poczekam, aż mi się objawią zainteresowania inżynierskie.(śmiech)
Jak wyglądały Twoje studia?
Dosyć kuriozalnie. Okazałem się tam przypadkiem szczególnym ? przez trzy lata miałem wrażenie, że trafiłem ponownie do liceum, ponieważ program studiów był na takim poziomie. Na trzecim roku pisaliśmy dyktanda o ropusze, która pływa w bajorze ? a ja to przerabiałem w ósmej klasie!
A może byłeś zdolniachą, któremu nauka zbyt łatwo przychodziła?
Byłem tak samo zdolny, jak zdolny byłby Francuz w takim liceum jak np. Żmichowska. Dla mnie pewne sprawy były oczywiste ? bo całą wiedzę absorbowałem w sposób naturalny. Moi koledzy z roku nie mieli braków w nauce, to raczej ja byłem do przodu. Gdy opanowaliśmy gramatykę, zaczęło się szkolenie tłumaczy (dobra znajomość języka a bycie tłumaczem to dwie różne rzeczy) ? wtedy poziom się wyrównał, a ja poczułem, że się czegoś uczę. Załapałem się do grupy tłumaczy ustnych. To trudne tłumaczenia ? dzielą się na konsekutywne i kabinowe. W pierwszym przypadku czekasz, aż klient skończy mówić, potem z pamięci tłumaczysz ? co nie jest łatwe, bo on potrafi ględzić 10 minut, a ty musisz potem przytoczyć zdanie po zdaniu. Kabinówka polega na tym, że siedzisz w słuchawkach i na bieżąco przekładasz ? co wymaga umiejętności, których oczekuje się zwykle od perkusisty: że jedna rączka robi jedno, a druga drugie. Radziłem sobie na tyle, by te wszystkie egzaminy pozdawać. Już wtedy miałem słabe wyobrażenie o sobie jako o tłumaczu ustnym. Wydaje mi się, że pod tym względem studia nie przygotowały mnie do pracy. Jednak już na drugim roku tak gwałtownie wzrosły moje potrzeby finansowe (wreszcie się usamodzielniłem), że zacząłem tłumaczyć zarobkowo.
Na tym studenci nieźle zarabiają! A przy okazji szlifują język.
To prawda! Uczyłem w szkole językowej. Bycie nauczycielem przez jakiś czas mnie bawiło, potem stało się bardzo irytujące i męczące: mimo moich starań, uczniowie nie robili żadnych postępów ? pewnie dlatego, że byli posłani tam przez pracodawców albo rodziców. Następnie miałem krótki, aczkolwiek frustrujący, okres bycia ? jak to nazywam ? niezależnym tłumaczem biurowym. To jest taki biedny student, do którego wszyscy pracownicy mają pretensje. Kiedy dowiedziałem się, że trwa nabór na tzw. tłumaczy filmowych, zgłosiłem się do studia Star International, w którym pracuję do dziś. Tłumaczyłem tam filmy dokumentalne, fabularne, a potem zacząłem się bawić w dubbingi.
A beztroska? Skoro miałeś luzy na studiach, to pewnie Twoje życie studenckie kwitło?
No właśnie nie za bardzo! Aczkolwiek z całych studiów najmilej wspominam fakt, że byłem rodzynkiem. Ale to ma także i złe strony. Nie oszukujmy się ? sam, mając nawet najlepsze chęci, nie byłem w stanie obtańczyć wszystkich dziewczyn z roku. Ich było 200, a facetów czterech. I w związku tym... imprez nie było wcale. Oczywiście dobieraliśmy się w mniejsze grupki, w których bardzo się przyjaźniliśmy, chodziliśmy po knajpach, wygłupialiśmy się ? było fajnie. Ale domyślam się, jak fajnie jest na wydziałach, gdzie studenci są zrównoważeni płciowo. Są biby, wspólne wyjazdy na narty ? tam to dopiero życie studenckie kwitnie!















